Żyję z tego, że uczę ludzi zasad klasycznej męskiej elegancji. Dobieram garnitury na odpowiednie okazje, dbam o proporcje, o odpowiedni wygląd koszuli i o to, aby dodatki się zgadzały. A jednak sam nie uważam, żeby przestrzeganie zasad było obligatoryjnie. W stylu, który jednak jest subiektywny, to właśnie wychodzenie z tego pudełka pomaga nam się rozwijać.

Zasady jednak mają jedną ważną rolę – na początku drogi przyspieszają Twój progres. Jeżeli je poznasz i się ich trzymasz, to na własnej skórze przekonujesz się, co lubisz, czego nie lubisz, co jak łączyć, a czego nie nosić. Pewnie trochę popróbujesz je łamać i zaczniesz wyglądać jak pajac – no worries, każdy z nas przechodził ten etap, nawet ja – ale raczej będziesz dbał o to, aby za bardzo nie przesadzić.

I teraz, kiedy te zasady wejdą Ci w krew, to wtedy zaczyna się zabawa.

Bo widzisz, nieprzestrzeganie zasad męskiej elegancji nie sprawia, że ludzie umierają. One zostały wymyślone dziesiątki i setki lat temu, aby mężczyznom było łatwiej – aby zawsze wiedzieli, jak mają wyglądać, i aby w czasach, w których wychowanie i savoir vivre były ekstremalnie ważne, nie przegrać swojego życia w społeczeństwie. Jak na zaproszeniu było black tie, to wszyscy mężczyźni byli w smokingach i nie trzeba było kombinować. Goście mieli muchy czarne, a obsługa białe, i już. Życie było proste.

Moim zdaniem dziś zasad warto przestrzegać w ramach kultywowania tradycji właśnie w sytuacjach, w których dresscode jest ważny. Idąc do filharmonii staram się nie kombinować. Idąc na czyiś ślub również. Idąc z kumplami na piwo, trochę mi stylistycznie odbija. Wracając jednak do przestrzegania zasad – oczywiście możesz do wyżej wspomnianej filharmonii pójść w T-shircie i się super będziesz bawił, tak samo jak możesz jeść ziemniaki łyżką i pewnie nie będzie to wcale trudniejsze, niż jedzenie widelcem. Przyjęliśmy jednak pewne ramy i dziś się ich trzymamy nie zawsze dlatego, że mają sens, a właśnie w ramach naszej kultury. Kulturowo elegancki ubiór jest w końcu bardzo ważny.

Nie żyjemy jednak w XX wieku i myślę, że fajnie jest trochę spersonalizować te ubrania. Dodać im trochę spice. Nie spinać się aż tak bardzo. Nie oznacza to, że założenie białej muchy na gumce do smokingu jest wyrażeniem siebie – chyba, że chcesz wyrazić ignorancję – a bardziej to, że jeżeli zrezygnujesz z lampasa albo wybierzesz nakładane kieszenie w eleganckim granatowym garniturze, to prawdopodobnie świat się nie zawali.

Ja też nie jestem nieomylny i często się w stronę zasad i klasyki zwracam. Jeżeli chcę pokombinować, ale nie czuję do końca, że mi wyjdzie, to zawsze rozważam dwie drogi – albo sprawdzam i liczę się z tym, że nie wyjdzie, albo jednak zwracam się w stronę zasad i mam problem z głowy. Wybrana droga zależy od humoru danego dnia, ale nie ma nic złego w jednej i w drugiej, tym bardziej że właśnie myląc się i próbując, wychodzimy z pudełka. Nie musimy jednak każdego dnia z tego pudełka wychodzić, czasem równie dobrze możemy po prostu odpocząć i zrobić sobie przerwę od poznawania siebie i szukania własnego stylu.

Zasady są też świetnym punktem odniesienia dla ludzi, którzy muszą się ubierać elegancko, albo dla ludzi, którzy lubią ten styl, ale też jest on dość daleko na ich drabince zainteresowań. Grając zgodnie z zasadami po prostu nie da się popełnić błędu, można więc zawsze wyglądać dobrze. Czasem poprawnie, czasem bardzo dobrze, ale nigdy źle, i to też jest super. Jak dla kogoś nie ma to znaczenia, to wtedy może się przynajmniej skupić na innych rzeczach.

Wiem, że jeżeli zaczynasz dopiero tę przygodę i naprawdę mocno się wkręcasz, to masz ochotę oceniać wszystkich i próbować ich szkolić z zasad elegancji czy proporcji. Nie rób tego, niech ten strój będzie Twoją zajawką. Jeżeli nikt nie pyta, to nie komentuj. Jak ktoś nie oczekuje pomocy w ubraniach, to jej mu nie udzielaj. Na wszystko przyjdzie czas i pewnych procesów nie da się przyspieszyć. Na koniec dnia to tylko ubrania – owszem, mogą dla Ciebie znaczyć bardzo dużo, jak i dla mnie, ale jeżeli ubrudzisz swoje spodnie olejem albo dobierzesz złą koszulę, to krzywdy nikomu nie wyrządzisz. Jak spojrzymy z boku to chyba dość błahy powód do zepsucia humoru sobie i ludziom naokoło, prawda?

Kończąc na pozytywnej stronie, podsumujmy sobie więc moje wynurzenia. Zasady są spoko, a żeby je łamać, to trzeba je poznać i się czuć z nimi jak ryba z wodą. Jak przychodzisz do kogoś do domu, to grasz jego kartami, czyli jak idziesz do teatru, to ubierasz się zgodnie z dresscodem. A jak chcesz się pobawić, to baw się i na zasady nie patrz – zepsuj tyle zestawów, ile masz ochotę, i złóż tyleż samo dobrych, ale kontrowersyjnych, bo tylko w ten sposób odkryjesz siebie – próbując. I to nie tyczy się tylko ubrań, ale bardziej rozwodzić się już nie będę.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *